O kobiecie, która została Godzillą

Dawno, dawno temu nasi pra-ojcowie biegali po lesie z brodami i z nagimi pośladkami za kawałkiem mięsa (lubię sobie to wizualizować). Czasami biegali kilka dni, czasami mieli farta i co dzień było coś świeżego do wrzucenia na ogień.
 
Dziś wozimy swoje zwiotczałe pośladki samochodami do marketów, ładujemy jedzenie w koszyki po brzegi, przywozimy do domu i jemy... w międzyczasie jęcząc jak wysoko trzeba wnieść siatki po schodach albo jakie to ciężkie, drogie lub smaczne choć mało zdrowe. Tak tydzień po tygodniu mija nasze życie. My tyjemy, flaczejemy, narzekamy i w kółko robimy to samo. A przecież bieganie po lesie nawet bez dzidy w ręku jest takie przyjemnie i można to robić w ubraniu.
 
Byłam młodą mamą, gdy usłyszałam od szwagierki: " po ciąży już nie wrócisz do figury, ani do ubrań". Uśmiechnęłam się lekko i pomyślałam "ja nie wrócę?- no to patrz!" Kupiłam płytę z ćwiczeniami i po 5 dni w tygodniu ćwiczyłam, i przeklinałam. 45minut wysiłku wypruwało ze mnie wszystkie złe emocja nagromadzone po kolejnym dniu spędzonym samotnie z małym dzieckiem w domu. Niby nic: karmisz, przewijasz, bawisz się, sprzątasz, karmisz, przewijasz, bawisz się sprzątasz, gotujesz obiad, pierzesz, karmisz, przewijasz, sprzątasz... Po drodze jakiś spacer, zakupy, karmienie i przewijanie, i tak przez kilka miesięcy, kilkanaście miesięcy... Mąż jest albo pracuje, a gdy wraca chce odpocząć i ja też chciałam odpocząć. Chciałam odpocząć i schudnąć. 
  45 minut to jedna lekcja w szkole, to momencik na zakupach, to mała kawka z koleżanką podczas lunchu ale gdy ćwiczysz, a za ścianą mąż próbuje utulić twój wyjący skarb, to można oszaleć. Dzielnie tłumaczyłam sobie, że on da radę, a mi też się coś należy. 
 
Samozaparcie, wylane litry potu, czasem łez i mleka po kilku tygodniach ćwiczeń przyniosły pierwsze efekty. Kilka milimetrów różnicy w obwodach brzucha, pośladków, ud motywowały mnie do dalszej pracy. Co najważniejsze ja czułam się lepiej sama ze sobą. Mocniejsze mięśnie nóg pomagały mi na zakupach i schodach, zniknęła zadyszka i coraz więcej ubrań ZNÓW pasowało. 
  Mój skarb skończył 18 miesięcy, a ja znów byłam w stanie błogosławionym. Taki mieliśmy z mężem plan, by dzieci były z małą różnica wieku.
Przestałam ćwiczyć. Opieka nad jednym małym dzieckiem i noszenie drugiego pod sercem, pranie, sprzątanie, gotowanie, zakupy plus poranne mdłości wysysały ze mnie ogromne ilości energii. Ciąża zakończyła się kolejnym porodem naturalnym,a ja znów miała obwarzan tłuszczu, wielkie nogi i słabe mięśnie.
  
Wyjęłam z półki moją wspaniałą płytę z ćwiczeniami ale nie dawała mi, aż tyle radochy co poprzednio. Zaciskałam zęby i ćwiczyłam. Efekty przychodziły wolniej ale ja czułam, że potrzebuję czegoś innego. Był czerwiec, wyjęłam z piwnicy moje stare fitnessowe rolki i zaczęłam jeździć. Godzina na świeżym powietrzu z dobrą muzyką na uszach mijała szybko ale wciąż było mi mało... chciałam czegoś co mnie zmęczy, da efekty szybciej. Czytałam, szukałam i postanowiłam spróbować  biegania...
 
Moje dawne - szkolne doświadczenia z biegania były takie - zmęczysz się, spocisz, będziesz czerwona na twarzy jak burak, a i tak przybiegniesz ostatnia. Musiałam to wszystko "przepracować" na nowo. Najpierw psychika - jak mi się nie spodoba to sobie odpuszczę. Mogę biegać wolno, bo nigdzie mi się nie spieszy. Potem strój - buty do biegania, biegowe skarpetki, leginsy i koszulka z oddychającego materiału, no i stanik,który utrzyma to i owo na miejscu. Wszystko dostałam w sportowym markecie za niewielkie pieniądze. Potem wyznaczyłam trasę (płaską) i zaczęłam truchtać, iść gdy nie miałam sił i znów truchtać. Z czasem zauważyłam, że ten sam kawałek jestem w stanie przebiec w całości i zaczęło mi się to podobać. Do domu wracałam czerwona jak burak ale wiedziałam, że to reakcja tymczasowa na wysiłek i jeśli będę regularnie biegać to się zmniejszy. Pomocna w tym temacie okazała się czapka z daszkiem.  
 
W tamtym czasie odwiedził nas znajomy. Rozmawialiśmy o bieganiu i dowiedziałam się o Endomondo (aplikacji na telefon, która rejestruje czas, dystans, spalone kalorie, trasę i jest darmowa). Nie jestem gadżeciarą ale pomyślałam "co mi zależy".
Bardzo podobało mi się, że każdy trening mam zapisany, mogę porównać dystans, prędkość, czas. Zaczęłam zauważać różnicę. Poczułam, że mogę więcej i szybciej i wracam do domu zmęczona ale bardzo, bardzo zadowolona...no i tak zakochałam się w bieganiu.