Marta Hałajko – o zręczności w tworzeniu pięknych rzeczy

Pani zainteresowanie rysunkiem trwa już od najmłodszych lat. Czy dlatego ukończyła Pani liceum plastyczne?

W zasadzie tak 🙂 Odkąd pamiętam uwielbiałam rysować, malować, wycinać i kleić. Miałam do tego zawsze wielki zapał i ogromną cierpliwość. Moi rodzice widząc to, zapisywali mnie na różne zajęcia plastyczne i zawsze mocno mnie w tym wspierali. Gdy mój tata zobaczył, że dobrze mi idzie malowanie akwarelami, to zaraz pobiegł do sklepu plastycznego i kupił mi najdroższy pędzel, jaki tam mieli. Dodam, że 17 lat tamu takie pędzle z naturalnego włosia kosztowały nawet 260 zł. Do dzisiaj go mam i z wielkim sentymentem używam. Wybór szkoły plastycznej wydawał się dla mnie czymś naturalnym. To była jedyna dziedzina, w której się wyróżniałam na tle innych rówieśników i czułam się w niej dobrze.

To właśnie za sprawą tej szkoły zakochała się Pani także w rzeźbiarstwie?

Dokładnie tak było. W czasie sześcioletniej edukacji musiałam wybrać jedną z czterech specjalizacji plastycznych (jubilerstwo, metaloplastyka, grafika warsztatowa lub snycerstwo, czyli rzeźba w drewnie) i to właśnie ta ostatnia dziedzina najbardziej przypadła mi do gustu. Okazało się, że takie żmudne, wydobywanie milimetr po milimetrze – jakiegoś kształtu z kawałka drewna, jest dla mnie niezwykle satysfakcjonujące i wyciszające.

Myślę, że to niesamowite, jak kolejna szkoła odkryła przed Panią nową pasjonującą dziedzinę, czyli odnawianie mebli. To zajęcie wymaga przecież ogromnej cierpliwości. Który projekt okazał się dla Pani największym wyzwaniem?

O tym, że nie brakuje mi cierpliwości do takich rzeczy – już wiedziałam 🙂 Jak na razie największym wyzwaniem była moja praca dyplomowa, czyli ogromna i dekoracyjnie rzeźbiona – barokowa szafa Gdańska, która przyszła do nas z muzeum okręgowego w Tarnowie. Był to tak wielki i wymagający nakładu pracy obiekt, że oprócz mnie jeszcze trzech innych studentów brało udział w jej renowacji. Każdy był odpowiedzialny za osobny element. Mnie w udziale przypadły trzy, spiralnie toczone kolumny, zwieńczone korynckimi głowicami i to właśnie te głowice okazały się najbardziej problematyczne. Były w bardzo złym stanie, ledwo trzymały się w całości, brakowało w nich wielu elementów dekoracyjnych, które na nowo trzeba było wyrzeźbić. Ponad to, przy ściąganiu starej powłoki malarskiej, okazało się, że te głowice były kiedyś pozłacane. Moim zadaniem było więc przywrócenie im pierwotnego wyglądu. Najpierw musiałam wszystko rozłożyć na czynniki pierwsze. Potem wiele godzin spędziłam na usuwaniu farby za pomocą lasera, a później zwykłego skalpela, tak aby nie uszkodzić złota znajdującego się pod starą farbą. Na koniec musiałam wszystkie elementy poskładać z powrotem w jedną całość i nałożyć nową zaprawę pod uzupełnienie złoceń. Cały ten proces trwał 3 miesiące.

W takim razie na jakim etapie pojawiła się u Pani kaligrafia? Pani prace, na pierwszy rzut oka – przywołują na myśl gotyckie księgi, zdobione z równie dużą dokładnością.

Moja przygoda z kaligrafią zaczęła się po ukończeniu szkoły plastycznej, ale jeszcze przed rozpoczęciem studium z konserwacji mebli. Po szkole plastycznej nie wiedziałam co chcę dalej robić, planowałam zrobić sobie przerwę od nauki. Jednak nie trwała ona długo, bo w tym czasie mój tata rozwijał swój projekt, który polegał na stworzeniu muzeum opowiadającego o tym, jak Biblia dotarła do naszych czasów. Bardzo mu zależało, aby ta wystawa była inna niż wszystkie, tzn. żeby eksponaty można było brać do ręki, a nie tylko oglądać zza szyby. W tym celu potrzebował kogoś, kto stworzyłby dla niego kopie średniowiecznych rękopisów (na których nie ciążyłaby historyczna wartość). Chętnie przyłączyłam się do tego projektu. Znaleźliśmy kurs kaligrafii gotyckiej w Krakowie i tam przez pół roku, jeździłam co wtorek pilnie ucząc się najpierw właśnie gotyckiego kroju pisma i tego, jakimi technikami takie manuskrypty były ozdabiane. Potem był kolejny kurs kaligrafii hebrajskiej, a później już dla własnej przyjemności zaczęłam kolejny kurs kursywy angielskiej/ copperplate.

Pierwszą kopią, jaką wykonałam – była strona z pierwszej Biblii przetłumaczonej na język angielski (Biblia Wiklifa).

Kaligrafia tak bardzo mi się spodobała, że zaczęłam tworzyć autorskie projekty, które na początku rozdawałam rodzinie – w formie prezentów.

Od kilku miesięcy prowadzi Pani również własny, artystyczny biznes. Co okazało się dla Pani największym wyzwaniem?

W pierwszym pytaniu wspominałam, że plastyka to była jedyna dziedzina w szkole, w której się wyróżniałam. W pozostałych zajęciach byłam przeciętna, albo ledwo co przeciętna. Mam wrażenie, że teraz jest tak samo 🙂 Gdy tylko muszę się oderwać od tworzenia i np. zająć się ,,papierkową robotą” to czuję, że mnie to przytłacza i przerasta. Samo pisanie biznesplanu, ubieganie się o dofinansowanie, zakładanie firmy – było dla mnie bardzo stresujące, ale na szczęście już po wszystkim. Teraz dokumentami zajmuje się księgowa, więc ja nie muszę się martwić, że coś przeoczę.

Na zakończenie – czy może się Pani z Nami podzielić swoimi najbliższymi planami?

W najbliższej przyszłości planuję stworzyć swój sklep on-line, w którym chciałabym sprzedawać moje autorskie prace. Odbywałoby się to w formie plakatów fine art (są to wysokiej jakości wydruki na artystycznym papierze), oryginały też oczywiście będą do kupienia.

Mam tez w planach wydanie kalendarza urodzinowego, który będzie połączeniem kaligrafii z malarstwem akwarelowym. Mam już gotowe 4 karty z 12 🙂

Będziemy Pani mocno kibicować!

Prace Pani Marty Hałajko – można znaleźć na Facebooku lub Instagramie.


W-Centrum

Na portalu prezentujemy tematy związane z pasjami, sztuką, zawodami kreatywnymi, rękodziełem, ginącym rzemiosłem, ale także z obszaru social media i sektora NGO, wraz z jego uwarunkowaniami prawnymi, możliwościami jakie stwarza, oraz prezentacją ciekawych inicjatyw z tego obszaru. Zapraszamy do współpracy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

w-Centrum Sztuk