Kintsugi

Kintsugi – wiecie, co to za sztuka? Opowie o tym jej propagatorka w Polsce, Pani Joanna Szymańska

Czym jest Kintsugi? Kiedy narodziła się ta sztuka i czy są jakieś legendy związane z jej początkiem?

Kintsugi jest stara japońską metodą naprawy ceramiki. Powstało w XV w., kiedy władcą Japonii był Ashikaga Yoshimasa – kiepski taktyk, ale wielki esteta, miłośnik sztuki i ceremonii. Kiedy pewnego razu stłukł swoją ulubioną czarkę do herbaty, posłał ją do Chin, gdzie rzemieślnicy naprawili ją, łącząc elementy metalowymi klamrami.

Efekty ich pracy nie spodobał się siogunowi. Wtedy przywołał do siebie rodzimych artystów i rzemieślników i polecił im znalezienie bardziej wyrafinowanej metody naprawy naczynia. I tak zaczęło się Kintsugi, metoda klejenia ceramiki przy użyciu naturalnej laki i złota.

Jak zaraziła się Pani pasją do Kintsugi i jak długo trwa ta przygoda?

Kilka lat temu, szukając zupełnie czegoś innego w internecie, zobaczyłam zdjęcie naczynia naprawionego Kintsugi. Zrobiło to na mnie duże wrażenie, zaczęłam czytać o Kintsugi i bliska okazała się mi także ta idea, która za nim stoi: naprawiania, które nie ukrywa, a eksponuje miejsce pęknięcia – szew, zgadza się na niedoskonałość i widzi w niej piękno, być może jeszcze większe niż w doskonałości. Kiedyś przeczytałam, że to trudna perspektywa do przyjęcia dla osoby z naszego kręgu kulturowego, gdzie piękno to doskonałość. Coś w tym jest. Kintsugi wracało do mnie co jakiś czas, w pewnym momencie postanowiłam wziąć udział w warsztatach i przyjrzeć tej technice z bliska. Wtedy Kintsugi absolutnie mnie zachwyciło. Tak to się zaczęło i trwa. Każde kolejne naczynie, które naprawiam – daje mi kolejną lekcję. Już wiem, jak zrobić klej, kit, pastę, czym czyścić naczynie, co dodać, kiedy złoto jest za gęste, ale każde naczynie to zupełnie nowe doświadczenie i niewiadoma.

Jak wygląda Pani praca tą unikalną, wciąż mało znaną w Polsce metodą?

Kinstugi wymaga cierpliwości. Naprawa jednego naczynia trwa wiele tygodni i składa się z kilku etapów. Najpierw krawędzie każdego elementu trzeba dokładnie oczyścić, potem z mąki, wody i laki robi się klej, którym pokrywa się krawędzie wszystkich fragmentów naczynia. Wtedy przychodzi czas na bardzo ważny etap, czyli łączenie ich w całość. To mój ulubiony moment, kiedy trzyma się w ręku świeżo sklejane naczynie, jeszcze można delikatnie przesuwać poszczególne elementy, szukając dla nich dobrego oparcia i odtwarzając kształt naczynia. Jest taki moment, kiedy czuje się w rękach, że wszystko znów jest na swoim miejscu. To niesamowita chwila. W trakcie klejenia każdy z elementów skleja się w poprzek szwów papierową taśmą. To pomaga zachować ustalony kształt, bo kiedy klej jest mokry, nie trzyma mocno. Potem trzeba naczyniu dać spokój, zostawić i czekać. Kintsugi często oprócz kleju i papierowej taśmy potrzebuje grawitacji. Świeżo sklejone naczynia ustawia się tak, żeby wykorzystać siłę grawitacji. Potrzeba około tygodnia, by móc pracować dalej. W ciągu tego tygodnia zdejmuje się papierowe taśmy lub przykleja je w innej miejsca, żeby do szwów dopuścić powietrze. Tylko wtedy klej wyschnie. Po tygodniu naczynie się czyści i na szwy i ubytki nakłada kit z dodatkiem laki, pyłu drzewnego i glinki i znów zostawia na kilka dni. Często kit nakłada się kilka razy, warstwami. Potem, po kolejnych kilku dniach nakłada się specjalną pastę, znów zostawia i znów czyści. W kolejnym etapie szwy pokrywa się surową laką i zamyka naczynie na dobę w skrzynce, w której musi być wilgotno. Potem znów całość trzeba wyczyścić i dopiero teraz przychodzi czas na złocenie szwów. Wiele godzin trzyma się więc takiego rozbitka w dłoniach, zanim wróci do życia.

Czy dużo osób zgłasza się do Pani z prośbą o ratowanie przedmiotów i pamiątek?

Coraz więcej osób interesuje się Kintsugi. Wydawało mi się, że to nisza nisz, a w bardzo krótkim czasie mojego facebooka zaczęło obserwować wiele osób. Ludzie piszą, pytając o technikalia, ale też o możliwość naprawienie ważnych dla nich przedmiotów. Cześć z nich niesie jakąś ważną historię. Odzywają się też do mnie osoby, dla których bliska jest filozofia Kintsugi. Sama piszę o niej niewiele. Nie chcę być mentorem, chcę kleić naczynia. Ale okazuje się, że idea się jakoś przebija, dociera do ludzi. Miałam kilka niesamowitych korespondencji o tym, co ważne z osobami, które odezwały się do mnie, bo zobaczyły naprawione naczynia. Jeśli przeczytają naszą rozmowę, będą wiedziały, że o nich mówię. Bardzo jestem im wdzięczna.

Dziękuję za rozmowę!

Do kontaktu z Panią Joanną polecamy https://www.facebook.com/lakaizloto/, skąd pochodzą także zdjęcia wykorzystane w wywiadzie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

w- centrum