Zaczęło się od… zazdrości?


Każda pasja ma swój początek – jak wszystko inne. W końcu od czegoś musiało się zacząć i u nas. I okazuje się, że w przypadku moim i męża, to zazdrość zbierze wszystkie laury 🙂
W sumie nie wiem nawet, czy słowo „zazdrość” jest tu właściwym słowem. Chodzi raczej o uczucie, czy myśl, że przecież „ja też tak chcę!”. A takie poczucie w danym momencie warto w życiu wykorzystać, bo nierzadko to ono właśnie jest siłą sprawczą i motorem do działania.


Te słoiczki wykonała, a raczej udekorowała zgrabnie siostra mojego męża, w wolnym czasie, wykorzystując do tego sznurki i różne „przydasie”. Widząc je pomyślałam, czemu sama nie mogłabym wykonać podobnych ozdób, które w dodatku mogą pomieścić mnóstwo szpargałów. Zapragnęłam usiąść wygodnie z kubkiem kawy i poczuć wolność tworzenia – mając poczucie, że mogę zrobić co tylko zechcę i potrafię, użyć dowolnych materiałów i puścić wodze fantazji w niczym nieograniczoną dal.

Innym razem pokazała nam kawałek zwykłej płyty pilśniowej, z rogiem pokrytym najróżniejszymi sznurkami i koralikami – mówiąc, że nie wie co dalej z tym zrobić.   Wepchnęła więc toto za szafę, ale ten bodziec znów obudził moją twórczą – jak się okazało – naturę.

Po powrocie do domu wysypałam na stół wszystkie sznurki, skóry, tkaniny i całe mnóstwo innych „przydasiów”. Bez planu, konkretnej wizji, ani pomysłu. Ale chęć stworzenia czegoś wzięła górę. Tym sposobem powstała poniższa dekoracja:   

Piszę o tym, bo jak wszyscy wiemy – początki zawsze są najtrudniejsze. Kiedy bowiem robimy coś po raz pierwszy, zazwyczaj brakuje nam pewności siebie, nurtują nas obawy i wątpliwości. Jeszcze trudniej bywa, gdy nasze otoczenie składa się z „osłabiaczy”, czyli ludzi nam bliskich, którzy zamiast kibicować, przyglądają się krytycznie naszym pomysłom, nierzadko komentując plany, w które sami wierzymy. Iluż to artystów i rękodzielników na początku swojej przygody z twórczością może się pochwalić, ze nigdy nie usłyszało komentarza w stylu:  

  • ale co z tego będziesz miała?
  • zajmij się czymś poważniejszym i przestań marnować czas!
  • poszukaj lepiej stabilnej pracy etatowej, najlepiej w urzędzie…
  • a kiedy z tego będzie w końcu jakiś pieniądz?

Zapewne niewielu. Jestem przekonana, że wiele obiecujących pomysłów nie wyszło przez takie słowa na światło dzienne. Stąd mój stały apel do wszelkiej maści krytykantów – nie odbierajcie wiary i chęci twórczym duszom! Im i tak jest wystarczająco trudno na początku ich artystycznej drogi!

Ja mam jednak to szczęście, że mój mąż należy do tej samej twórczej bandy. I choć na początku rzeczywiście, przyglądał się moim poczynaniom dość ostrożnie, to szybko udało się go „wkręcić” i zarazić bakcylem. Wtedy to też moje kolaże nabrały dodatkowych walorów i artystycznej treści. Bo po mojej „kobiecej” warstwie tkaniny, sznurków i skór, on nakładał swoją,  „męską” warstwę – metal, drewno, rattan itp. Dzieła były więc kompletne!

Kleiliśmy je zimowymi wieczorami, przy ulubionym serialu Treme”, tylko dla czystej przyjemności tworzenia. Nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, że to, co tworzymy, stanie się prototypami przy szyciu naszych torebek, jako, że nie mieliśmy wtedy o tym żadnego pojęcia. Nie wiedzieliśmy też, że dzięki nim powstaną także nasze pierwsze kardigany.

Kolaże, które powstawały jak na drożdżach przez kilka kolejnych zim zapełniały powoli  wszystkie ściany naszego domu, a mandale (bo kto powiedział, że kolaż musi być prostokątny? ) – zdobią naszą sypialnię do dziś.

Nasza przygoda z modą rozpoczęła się w chwili, gdy odkryliśmy, że współczesna technika nadruków na płótnie (nadruki cyfrowe DTG) pozwala na bardzo dokładne odwzorowanie obrazu, a efekt końcowy jest niesłychanie wytrzymały na pranie. 

Po kilku nieudanych próbach znaleźliśmy w końcu rzetelny zakład poligraficzny, który radził sobie nawet  z grubym bawełnianym płótnem. Z krawcową poszło o wiele trudniej –  zanim znaleźliśmy bowiem właściwą osobę – odwiedziliśmy 18 czy 19 zakładów. Z wyborem tkanin nie było wcale łatwiej – mimo, że spenetrowaliśmy całą Łódź i okolice,  to odpowiednią hurtownie tkanin i dodatków odnaleźliśmy aż w Częstochowie i Tychach. Konstruktor odzieży z Tarnowskich Gór poprawił nasz prototyp – i tak zaczęły powstawać małe torebki. Nasz styl nazwaliśmy ART BOHO.

Dziś Ryhenka to młoda marka designerska posiadająca własny, wyróżniający ją, łatwo rozpoznawalny styl ART-BOHO i wiele wielbicielek. Jej projekty są efektem połączenia wpływów artystycznych Kurta Schwittersa z dążeniem do estetyki boho – wolnej od wszelkich ograniczeń.

Nauczeni ciężkim doświadczeniem – szycie dużych torebek HOBO zleciliśmy już profesjonalnej szwalni w Zabrzu.

Oczywiście – bo jakżeby inaczej – popełniliśmy błąd. Zamiast uszyć 100 lub 200 torebek jednego typu, szyliśmy po kilka egzemplarzy każdego z 65 wzorów. Niestety – kilka sztuk to zbyt mało, aby dowolny szanujący się dropshipper zechciał reklamować taki towar w Google czy na Facebook’u (marża ze sprzedaży kilku sztuk nie zwróci mu przecież kosztów reklamy). Cóż..Jak to mawiają – błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi J

Gdy na targach Fast Textile odkryliśmy producenta i wielkoformatową drukarnię dzianin – do naszej oferty doszły więc kardigany/poncza.

Wielu młodym twórcom na początku ich drogi mówię dziś – gdy intuicyjnie wkraczasz na nową ścieżkę, nigdy nie wiesz dokąd Cię zaprowadzi. To bardzo często nie jest precyzyjnie wyznaczona, prosta droga z jasno wytyczonym celem. To raczej proces. Długotrwały i mający szereg aspektów, błędów i potknięć. Często pojawiają się w nim wątpliwości – czy podołam?

Chciałabym więc dodać otuchy wszystkim, którzy próbują, którzy szukają i eksperymentują. Życzę odwagi i siły w zmienianiu rzeczywistości, wiary w siebie i swoją moc! Bo ona jest w Was – musicie tylko dać się jej uwolnić.

Autor: Natasza Kielak – scenarzystka, trener biznesu, coach, dietetyk i współtwórca marki Ryhenka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

w Centrum