Portrecista Zbigniew Kotowski. Fascynacja końmi, opowieści z życia, anegdoty.

Nazywam się Magdalena Kotowska i wiem, jak to jest być jednocześnie żoną i managerem artysty  malarza. Miałam napisać artykuł o twórczości mojego męża, ale pomyślałam, że może tym razem oddam głos człowiekowi pióra, dziennikarzowi z powołania oraz serdecznemu znajomemu, Piotrowi Dzięciołowskiemu. Skąd taki pomysł?

W 2017r. mój mąż udzielił wywiadu, który następnie stał się jednym z rozdziałów w książce autorstwa Piotra: „Malują, rysują, rzeźbią konie.” (Wyd. ROSA PP 2018). Jest ona nie tylko bardzo interesującą lekturą dla wszystkich miłośników sztuki oraz koni, ale także zbiorem kilkudziesięciu opowieści polskich artystów: malarzy, rzeźbiarzy i rysowników zakochanych w koniach i ukazujących te przepiękne zwierzęta w swoich pracach.

W rozdziale poświęconym mojemu mężowi, opowiada on o tym jak rozpoczęła się jego przygoda z malowaniem, skąd wzięła się fascynacja końmi i wybór tych wspaniałych zwierząt na dominujący temat swoich prac. Jak pracuje nad każdym portretem, aby jak najdokładniej oddać na papierze lub płótnie wszystkie detale zwierzęcia. Są tam też opowieści z życia i anegdoty. Jest to więc tekst już gotowy i wyśmienity w lekturze, więc chciałabym go tu przywołać w całości. Oto rozmowa artysty z dziennikarzem.

Mając trzy lata, zaplanował swoją przyszłość

Mówią o nim hiperrealista. Portretuje przede wszystkim konie, ludzi z końmi, samych ludzi, ale także psy, koty i inne zwierzęta. Studiował w warszawskiej i krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dyplom obronił w pracowni prof. Jerzego Nowosielskiego. Posługuje się głównie techniką pastelową, również olejną. Jego prace znane są w Europie, USA, Kanadzie, Ameryce Południowej, Afryce, Australii, Nowej Zelandii. Jedną z nich, portret słynnego ogiera arabskiego Gazala Al Shaqaba, ma w swoich zbiorach emir Kataru, inną Charlie Watts.

Dziadek uwielbiał konie. Ponoć były dla niego ważniejsze od rodziny – tak przynajmniej twierdziła babcia. A jak już leżał na łożu śmierci, kazał sobie przyprowadzać pod okno ukochanego wierzchowca, by na niego patrzeć.

Wnuk – Zbigniew Kotowski – też lubi konie, ale inaczej. Sama jazda, choć zaliczał obozy w siodle, nie sprawia mu przyjemności. Jest szczęśliwy, gdy może konie obserwować i fotografować, a potem przekładać je na płótno lub papier. Z natury nie maluje, zawsze z fotografii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bo nie jestem malarzem koni, tylko portrecistą. Różnica ogromna. Koń, który wychodzi spod mojego pędzla, musi być konkretny i rozpoznawalny. To mój znak firmowy. Nigdy nie zapomnę, jak w Stadninie w Janowie Podlaskim, do której jeżdżę od końca lat osiemdziesiątych przynajmniej raz w roku i pokazuję portrety koni arabskich, podszedł do mnie stary masztalerz. Nie pamiętam jego nazwiska, to było bardzo dawno. Podszedł w milczeniu, przyglądał się sportretowanym arabom i w pewnym momencie zaczął wymieniać ich imiona. Ażeby sprawdzić, czy się nie myli, weryfikowałem jego wersje z opisami na odwrocie ram. Każda odpowiedź była celna. Dziś nie musiałby zgadywać, bo podpisuję konie na frontonie obrazów i od razu wiadomo o jakiego chodzi. Ale też i ja nie miałbym dziś takiej satysfakcji, jaka mnie wówczas spotkała. To przecież znakomita recenzja mojej pracy.

Powody do radości miał też w Janowie przy innej okazji. Wypakowywał akurat z samochodu obrazy na sprzedaż, gdy spostrzegła go pewna Angielka. Co który wyjął, natychmiast kupowała. Poszły wszystkie w okamgnieniu.

Artysta maluje konie, które z jakichś powodów go interesują, tworzy też na zamówienie.

Klienci przekazują mi zdjęcia koni z prośbą o uwiecznienie na płótnie. Problem jednak w tym, że nie mają na ogół doświadczenia w fotografowaniu. Zachwycają się tym, co im wyszło, a co w rzeczywistości jest dalekie od prawdy. Dla kogoś, kto nie zna konia, nie widział go nigdy na żywo, obraz z telefonu, zresztą także z aparatu, jakże często jest nieczytelny. I nie dlatego, że nieostry i zamazany, ale dlatego, że np. przedstawia konia zdeformowanego od kopyt do głów. Autor tego nie dostrzega, bo ma przed oczami zwierzę, które świetnie zna. Moje zadanie polega więc w pierwszym rzędzie na przedefiniowaniu obrazu. Robię to już tyle lat, że nauczyłem się czytać „niedobre” zdjęcia, nawet te stareńkie, wyblakłe, czarnobiałe. Czasem dostaję nawet kilka, czy kilkanaście fotografii i wyciągam z nich to wszystko, co pozwala mi wyobrazić sobie, jak zwierzę wygląda lub wyglądało. Otrzymuję przecież także zamówienia na portrety koni, których już nie ma. Kiedyś dostałem zdjęcie martwego źrebaka, bo właściciel nie zdążył sfotografować go za życia. Gdy wydaje mi się, że jestem na właściwym tropie, zaczynam malować. I w tym miejscu zapytasz mnie zapewne o to, o co pytają mnie wszyscy: jak długo powstaje taki portret?

– Jak długo?

Czas wyznacza jakość. Jestem perfekcjonistą, a przynajmniej staram się nim być. Nie skończę dopóty, dopóki nie będę zadowolony z efektu. Na ogół mieszczę się w tygodniu do dwóch, ale to nie reguła. Kiedy przyszło mi malować motocykl harleya, pracowałem okrągły miesiąc i nabawiłem się kontuzji ręki. Tak poważnej, że zostałem skierowany na zabiegi rehabilitacyjne, które niestety nie do końca pomogły. Nieraz więc godziny, które spędzam nad obrazem wydłużają się, choćby tego z powodu.

Malowanie w oparciu o kiepskie zdjęcie przypomina trochę poruszanie się dziecka we mgle. Trudno mieć sto procent pewności, że trafiło się w oczekiwania zleceniodawcy, nawet jeśli ma się w tej materii ogromne doświadczenie.

Przeważnie jednak trafiam, choć oczywiście zdarza mi się nanosić poprawki i to bardzo różne, niekoniecznie wynikające np. z takiego błędu, że namalowałem za długie czy za krótkie uszy. Ostatnio sportretowałem konia w kantarze, a okazało się, że klient zmienił zdanie i ma być sauté. Przyznam, że moimi najwdzięczniejszymi klientkami były Amerykanki. Gdy odbierały zamówione portrety, rzucały mi się na szyję i płakały ze szczęścia. To niezwykłe doznanie, gdy twórczości towarzyszą tak ogromne emocje i świadomość, że nie kto inny tylko ja jestem tego sprawcą.

W Stanach Kotowski bywał kilkakrotnie. Jeździł tam na zaproszenie znanego hodowcy koni arabskich Tomasza Skotnickiego.

To jeden z największych znawców tej rasy. Nikt nie nauczył mnie o koniach tyle, co właśnie on. A koni trzeba się uczyć, by umieć oddawać ich ego. To zresztą niebywale ciekawa nauka.

Wiedza z zakresu psychologii zwierząt też w dużej mierze pozwala malarzowi utrwalać relacje między nimi. Jego płótno „Przyjaciele” przedstawiające konia pochylającego się nad psem, nie tylko przemawia, ale jest tak sugestywne, że uruchamia wyobraźnię. Widz próbuje sam sobie odpowiedzieć, jakaż to akcja zadziała się między zwierzakami. Ciekawa jest też historia narodzin tegoż obrazu. Powstał w USA w oparciu o dwa zdjęcia wykonane w różnym miejscu i czasie. Na jednym był pies, na drugim koń. Umiejętność łączenia to także atut artysty. Wykorzystuje go portretując ludzi i konie nie mających ani jednej wspólnej fotografii. Dopiero on sprawia, że wreszcie taką mają…

Dostają oczywiście pastel, ewentualnie olej, choć komuś mogłoby się wydawać, że to… oprawione zdjęcie. Nigdy nie zapomnę, jak prezentowałem obrazy na Międzynarodowych Targach Jeździectwa „Equitana” w Niemczech . Jeden z gości zaczął się ze mną kłócić, że wprowadzam oglądających w błąd, bo to przecież fotografia. W końcu stwierdził, że jeśli to naprawdę jest obraz, to on go kupi. Wyjąłem więc konia z ramy, nie musiałem nawet udowadniać, kto ma racje, bo było to widać gołym okiem; klient jednak słowa nie dotrzymał. Odwrócił się na pięcie i zniknął bez śladu.

Wielbiciele talentu Kotowskiego zachwycają się, że konie, które portretuje, wyglądają jak żywe i sprawiają wrażenie, jakby wychodziły z ram. To dla artysty kolejny powód do satysfakcji.

Nieustannie doskonalę warsztat. Między tym, jak malowałem dziesięć czy dwadzieścia lat temu, a jak maluję dziś jest różnica. Zdarza mi się nawet przerabiać stare płótna, tworzyć je na nowo. Dążę do doskonałości i hiperrealizmu w pełnym znaczeniu tego słowa. To długa droga.

Profesor Andrzej Strumiłło tak mówi o jego twórczości: „Autor z powodzeniem łączy wierność wobec cech szczególnych szlachetnego zwierzęcia, jakim jest koń rasowy, osobisty i emocjonalny stosunek do tematu, z ogromną biegłością warsztatową i wysoką kulturą obrazu”.
Na taką ocenę pracował od dziecka. Zaczął w wieku trzech lat dzięki…cioci, która miała wesele. Podczas gdy goście bawili się, on całą noc spędził na rysowaniu kredkami. Rano podjął decyzję: będę malarzem. Nie dał się przekupić pianinem, które rodzicie myśleli mu sprezentować. Uparł się i z żelazną konsekwencją dążył do celu, dostając się najpierw do Liceum Plastycznego w Katowicach, potem na ASP. Momentu, w którym jego twórczą wyobraźnią zawładnęły konie, nie pamięta. Pojawiły się niespodziewanie, ale już w szkole średniej podchodził do ich malowania poważnie. Nawet na nich zarabiał, jako że w liceum zaczął się z malarstwa utrzymywać.

I tak jest po dziś dzień – pointuje.

Tematyce końskiej jest wierny, to jeden z głównych motywów jego twórczości. O koniach „zapomniał” tylko na chwilę w trakcie studiów, gdy wdał się w kilkuletni romans z unizmem Władysława Strzemińskiego. Tego też dotyczyła jego praca dyplomowa. Po ukończeniu Akademii wrócił do koni i wciąż z nimi jest.

Marzy mi się, bym nie tylko ja z nimi był, ale by w każdym polskim domu, wisiał choć jeden obraz z koniem w roli pierwszoplanowej. Nie musi być mój.

Obrazy Kotowskiego znajdują się w prywatnych kolekcjach, były pokazywane na wielu wystawach indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą. Niezwykłą przyjemność miał artysta, gdy po raz pierwszy zaproszono go kilkanaście lat temu, by pokazał prace na warszawskim Torze Wyścigów Konnych. Na ekspozycję przydzielono mu znakomite miejsce, obok loży właścicieli koni, pod ponad stuletnim płótnem Jana nomen omen Kotowskiego.

Wiele sezonów prezentowałem tam obrazy. Pamiętam, jak przed jakimiś derbami wpadłem na pomysł, by podpytać dżokejów, który z koni ma największe szanse na wygraną. Powiedzieli. W domu namalowałem sugerowanego zwycięzcę i z obrazem pod pachą zjawiłem się w dzień gonitwy. Dżokeje mieli nosa. Rzeczywiście wygrał wskazany przez nich koń. Wygrałem też i ja. Oto bowiem szczęśliwy właściciel konia odkupił ode mnie portret sprawiając, że szczęście i do mnie się uśmiechnęło. Ale to było dawno. Dziś byłbym szczęśliwy, gdyby na Służewcu powstała galeria malarstwa z prawdziwego zdarzenia. Z dziełami z najwyższej półki i wyłącznie z takimi. To jest do zrobienia, tylko ktoś musi się tego podjąć.”

Autor książki i przywołanego powyżej wywiadu z moim mężem, to wielki miłośnik fotografii i koni. Przez wiele kilka dekad zajmował się fotografią polityczną. Aktualnie jest także dziennikarzem portalu „Hej na Koń” i autorem kilku książek.  

Magdalena Kotowska

Zbigniew Kotowski

Zbigniew Kotowski Urodzony 5 listopada 1959 roku w Chorzowie. W latach 1979-1984 studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie i w Krakowie. W roku 1984 odebrał Dyplom Akademii, uzyskany w pracowni profesora Jerzego Nowosielskiego. Maluje głównie portrety, konie i psy w technice pastelowej oraz olejnej. Jego prace można spotkać w Zbiorach Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa w Warszawie. Obrazy Z.Kotowskiego goszczą też w prywatnych zbiorach m.in. w Europie, USA, RPA, Australii, Nowej Zelandii oraz na Bliskim Wschodzie (obraz olejny Gazal Al Shaqab namalowany dla Emira Kataru). Uczestnik wielu wystaw w Polsce I za granicą. Jego prace możecie znaleźć m.in. na Facebooku.

W-Centrum

Na portalu prezentujemy tematy związane z pasjami, sztuką, zawodami kreatywnymi, rękodziełem, ginącym rzemiosłem, ale także z obszaru social media i sektora NGO, wraz z jego uwarunkowaniami prawnymi, możliwościami jakie stwarza, oraz prezentacją ciekawych inicjatyw z tego obszaru. Zapraszamy do współpracy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

w-Centrum