„Nieważne gdzie, ważne z kim”.”Łukasz Wardziński o tym, że wszystko jest możliwe!

Łukasz Wardziński – niedoszły dziennikarz, dziś od 13 lat zajmujący się kontrolą jakości w jednej z firm reklamowych w Warszawie. Uwielbia głośno słuchać muzyki, dobry humor oraz rozmawiać na każdy temat. Ceni sobie szczerych, otwartych na świat i uśmiechniętych ludzi, raczej optymista, jadący przez świat z motto „nieważne gdzie, ważne z kim”.

Zapraszamy do poznania historii Łukasza!

Nazywam się Łukasz, mam 36 lat i chcę opowiedzieć swoją historię, niekoniecznie z pozycji stojącej…

Już na samym początku mojego życia nie było łatwo, urodziłem się w roku 84 i to o dwa miesiące za wcześnie, z przepukliną oponowo rdzeniową, na dodatek lekarze przy porodzie też dołożyli swoje, co spowodowało w połączeniu z wadą wrodzoną nieodwracalne „kalectwo” – swoją drogą jak ja nienawidzę tego określenia.

Rodzice opowiadali mi, że lekarze nie chcieli mnie nawet wypisać ze szpitala, bo podobno ich zdaniem i tak to nie miało sensu, ich wyedukowane oczy podpowiadały im, że na pewno nie przeżyje, ale akurat trafiłem na bardzo kochającą i oddaną rodzinę, która nigdy się nie poddaje.

Z tego co rodzice opowiadali, to moje pierwsze lata życia wyglądały następująco: operacja, rekonwalescencja i tak w kółko, a w między czasie rehabilitacja i tak do szóstego czy ósmego roku życia.

Już na poziomie przedszkola (integracyjnego – pierwsza taka placówka w Warszawie), w 1989/90r. miałem jakiś w sobie bunt, nie chciałem, żeby moja niepełnosprawność była przyczyną moich ograniczeń, bo dlaczego nie mogę bawić się z kolegami np. w wyścigi na rowerach? Ja po prostu będę startował i ścigał się na wózku. Dzięki takiemu podejściu do życia nie brakowało mi towarzyszy do zabaw na osiedlu gdzie się wychowywałem (piękne Stegny w Warszawie).

Na wózku umiałem zrobić chyba wszystko, takie czynności jak podnieść przednie kółka do góry nie było dla mnie czymś nadzwyczajnym, ale w towarzystwie robiło woow 🙂

Nie pamiętam jak to się stało, ale kilka razy nawet była u mnie telewizja Polska, żeby zrobić ze mną wywiad nt. mojej sprawności, a bardziej umiejętności poruszania się na wózku inwalidzkim, a w tamtych czasach chyba było bardzo mało takich dzieci oraz fundacji, które uczyłyby jazdy na wózkach, wydaje mi się, że same słowo integracja było nam Polakom jeszcze troszkę „obce”.

Na moim osiedlu mieszkała moja koleżanka Gosia, z którą poznałem się w przedszkolu, ona dosłownie tak samo wywijała na wózku jak ja i do niej telewizja też przyjeżdżała, można powiedzieć, że mieli dwa mieszkania na Stegnach do nagrania obowiązkowo.

Pamiętam jak dostaliśmy „prototypowe” wózki marki BMX zrobione na wzór samochodu… kierownica i takie tam bajery…, to był sztos.

Kiedy miałem rozpocząć naukę w szkole, na osiedlu już miałem dużo kolegów w podobnym wieku z którymi snułem plany jak to będzie w szkole, kto z kim w ławce itp. Niestety wtedy dowiedziałem się, że będę miał nauczanie domowe, ponieważ szkoła do której miałem chodzić nie jest przystosowana dla osób z niepełnosprawnościami, a już szczególnie na wózku, bo schody… Moi rodzice próbowali wytłumaczyć dyrekcji szkoły, że umiem chodzić przy pomocy kul ortopedycznych, niestety nie udało się ich przekonać.

Nauczycielka przychodziła do mnie do domu i próbowała mnie uczyć, ale na znak protestu często pokazywałem, że nie mam na to ochoty, po prostu zamykałem się wówczas w pokoju…

Rodzice i szkoła zobaczyli, że nie ma wyjścia – Łuki musi uczęszczać do szkoły w normalnym trybie i tak trafiłem w drugim półroczu do szkolnej ławki, do swoich kolegów, niestety to nie trwało długo, bo kiedy szedłem do kolejnej klasy w 1992r. powstała na Stegnach pierwsza szkoła integracyjna, więc tam byłem wydelegowany i przyznam, że ta szkoła nie miała nic wspólnego z integracją prócz infrastruktury.

Spędziłem tam 7 lat i to były chyba najgorsze lata w moim życiu, nie będę się rozpisywał na ten temat, ale szkoła, a bardziej ludzie tam uczący się wraz z  kadrą pedagogiczną była po prostu do dupy.

Na szczęście poza szkołą miałem swoją paczkę znajomych z którą mogłem się spotykać i było naprawdę zajebiście, bo nikt z moich znajomych nie widział mojego wózka, ba! mój wózek był obiektem pożądania, bo przecież fajnie tak sobie pośmigać po osiedlu na takim „cudeńku” i tak jest do dziś, osoby z mojego grona mają jedno zdanie o mojej niepełnosprawności – nie ma jej, oni jej nie widzą.

Kiedy zapytałem się kiedyś mojego kolegi jak to możliwe, że nie widzi tego wózka, to odpowiedział mi, że jestem tak sprawny, że tak naprawdę mój wózek był widoczny tylko w momencie kiedy mnie poznał, ale szybko wózek „zniknął” z jego oczu, to samo usłyszałem od praktycznie każdego z moich najbliższych znajomych.

Uważam, że tak się dzieje, bo od dziecka nie chciałem być postrzegany jako ktoś gorszy, słabszy, komu trzeba współczuć – ja nie chcę litości!, chcę być postrzegany jak równy równemu, mimo, że wzrostem nie grzeszę, bo mam 152cm 😛

Zawsze uważałem, że przyjęcie pomocy jest oznaką słabości, przyznaniem się do tego, że jestem słabszy, a tego bardzo nie chciałem dlatego wykorzystywałem moją sprawność, żeby pokazać innym, że mogę, że potrafię. Jak były schody, to po prostu wstawałem i wchodziłem, wolniej i trzymając się barierek, ale wszedłem. Sport też nie był mi obcy, tenis ziemny, koszykówka czy taniec towarzyski może być tak samo fascynujący na siedząco. – „zrobię praktycznie wszystko co inni, ale w swoim tempie i po swojemu”

Dziś już tak nie „walczę” z tym, żeby pokazywać innym, że też mogę, że nie jestem gorszy, dlaczego? Może dlatego, że zrozumiałem, że nie ma to sensu, bo ten kto chce we mnie  zobaczyć to, co dla mnie ważne, ten zobaczy. Zaś pozostali? Nie będę się tym przejmował 🙂

A przyjmowanie pomocy od innych? Dlaczego nie, każdy z nas jej potrzebuje i to nie zależy od naszego stanu fizycznego, pomoc po prostu jest potrzebna każdemu, a przyjęcie jej nie oznacza słabości, a dojrzałość.

Muszę też napisać, że osoby na wózkach czy z innymi niepełnosprawnościami nie muszą wyglądać gorzej od osób pełnosprawnych, a wręcz przeciwnie! Sam bardzo o siebie dbam, bo uważam, że jeżeli ja się dobrze czuje ubrany w taki sposób jaki mi odpowiada, to moje samopoczucie rośnie, a to mi daje swobodę w różnych czynnościach dnia codziennego. 

Mam takie przekonanie, że wciąż jesteśmy przez ludzi pełnosprawnych traktowani z góry, to znaczy jako potrzebujący pomocy, ubrani byle jak itp. Na całe szczęście takich ludzi jest coraz mniej i tych co tak myślą i tych co tak wyglądają, ale ja chcę pokazać jednym, że się mylą, a tym drugim, że MOŻNA!

Parę lat temu trafiłem na warsztaty związane z modelingiem, dodam, że ta strefa była mi obca, ale podjąłem wyzwanie i chyba mi wychodziło lecz bez większych sukcesów, ale parę lat później, kiedy poznałem wspaniałych ludzi w tym Anetkę Małek oraz Weronikę Sakowską, które mi umożliwiły moją pierwszą profesjonalną sesję zdjęciową. Okazało się, że chyba się do tego nadaję… czas oczywiście pokaże, ale to tylko pokazuje mi, że czy stoimy czy siedzimy nie ma to większego znaczenia, znaczenie jest tylko jedno – chcemy się poddać, czy jechać przez życie i brać z niego co najlepsze?

Była to sesja biżuterii ślubnej, w której obok mnie wystąpila zawodowa modelka, Anastazja Alejnikowa.

Po zastanowieniu się nad tym co przeżyłem i czego doświadczyłem z pozycji siedzącej uważam, że niepełnosprawność ruchowa mnie nie ograniczyła w takim stopniu, żebym na starość nie miał czego wspominać 😛

Ograniczyć może mnie tylko mój umysł, a nie ciało.

Łukasz Wardziński

P.S. Kocham Cię Daria 🙂

W-Centrum

Na portalu prezentujemy tematy związane z pasjami, sztuką, zawodami kreatywnymi, rękodziełem, ginącym rzemiosłem, ale także z obszaru social media i sektora NGO, wraz z jego uwarunkowaniami prawnymi, możliwościami jakie stwarza, oraz prezentacją ciekawych inicjatyw z tego obszaru. Zapraszamy do współpracy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

w-Centrum